niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział I - "Olivia Wood"



                Nie wiem czy wiecie jak to jest zawieść się na kimś na kim nam najbardziej zależy. Ja wiem. I właśnie o tym jest ta historia. Nazywam się Olivia Wood i mam siedemnaście lat. Moje Zycie na pozór kolorowe i pełne uśmiechu, przyjaciół i muzyki zamieniło się w ruinę. Jeśli jesteście ciekawi jak to wszystko się stało przejdźmy do początku. Tam gdzie wszystko się zaczęło.

Rozdział I "Oliwia Wood"
           Usłyszałam krzyk mamy z dołu. Wyjęłam z uszu słuchawki i leniwie spojrzałam na zegarek. Dochodziła godzina dwudziesta więc był to czas najwyższy, żeby zbierać się na coniedzielną kolację rodzinną. Takie małe tradycje naprawdę zbliżały ze sobą członków rodziny. Wspólne kolacje, spacery, oglądanie filmów. Mimo, że czasami człowiek ma tego dosyć to ciężko mi sobie wyobrazić, że zabrakłoby mojego taty, mamy, młodszego brata czy naszego Presley'a. Wstałam z łóżka zrzucając sfinka, kktóry zamruczał z niezadowolenia. Zeszłam schodami w dół i weszłam do małej, jednak wystarczającej kuchni.
-Dzisiaj spaghetti kochanie!- mama postawiła na stole cztery talerze i sztućce. Ja za to podeszłam do radia i włączyłam pierwszą lepszą stację.
„-Powiedz mi Shay, jak to jest być nową, nastoletnią gwiazdą, którą kochają miliony amerykańskich dziewcząt?
-Hahah… Muszę przyznać droga Margaret, że to bardzo przyjemne zadanie. Cieszę się, że mam tych wszystkich fanów. Gdyby nie oni nie tworzył bym dalej tego co kocham. Muzyki.
-Twoja nowa debiutancka płyta „I am” bije rekordy popularności. W tak krótkim czasie udało ci się zdobyć na szczyt!
-Tak. To było dość trudne zad…”
przełączyłam stację. Teraz  z głośników można było usłyszeć System Of A Down. Shay Lydlinch jak dla mnie był kolejną pustą gwiazdeczką, wykreowaną na coś w podobie Disney'owskiej Hanny Montany, tyle, ze męska wersja. Usiadłam przy stole i nałożyłam sobie trochę spaghetti na talerz. Uniosłam wzrok i spojrzałam na swojego tatę, który mi się przyglądał. Po nim odziedziczyłam jasne, niebieskie oczy. Daniel Wood był dobrze zbudowanym czterdziestopięcioletnim mężczyzna z dość widocznym zarostem. Miał gęste brwi i rzęsy, nos trochę zadarty. Wyglądał jak jakiś Rambo, ale wcale nie był niebezpieczny. Tata był opiekuńczy, ale i stanowczy. Czułam jak bardzo mnie kocha na każdym kroku kiedy wracał z misji.
-Jak w szkole księżniczko?-spytał, a ja połknęłam przeżuwany kęs. Muszę przyznać, że zadał ciekawe pytanie. Moja szkoła znajdowała się półgodziny drogi od domu. Chodziłam do drugiej klasy liceum. Byłam tak zwaną szarą myszką, którą uwielbiały dręczyć trzy "elitarne" kumpele. Czasami naprawdę mam wrażenie jakbym grała w jakimś filmie, gdzie na końcu spotkam wspaniałego księcia z bajki i będzie szczęśliwy Happy End. Idiotyczne myślenie.
-W porządku tatku.- odpowiedziałam i z uśmiechem powróciłam do swojego posiłku.
-A u ciebie synu?- tym razem pytanie było skierowane do Brandona, mojego młodszego brata, który prawdę mówiąc szczerze nienawidził pogaduszek z rodzicami. Cóż, okres dojrzewania nikogo nie ominie. Nawet jego.
-Jakoś leci.- bąknął i zdrowo popił sok pomarańczowy. Większość kolacji przegadaliśmy o pierdołach typu "Pan Nowak kupił sobie nowy samochód" czy też "Pani Walczakowa znowu podglądała sąsiadów". Taa... Nie ma to jak monitoring 24 na dobę. Po skończonym posiłku zebrałam brudne naczynia do zmywarki i poszłam na górę. Rzuciłam się na swoje duże, czarne łóżko i spojrzałam na gitarę. Bardzo dawno na niej nie grałam. Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak to się robi. Usiadłam i wzięłam instrument do ręki. Wychyliłam się jeszcze do tyłu i z szuflady wyciągnęłam kostkę. Pierwsze niepewne dźwięki rozprzestrzeniły się po pokoju, żeby ustąpić bardziej stanowczym i mocniejszym. Zaczęłam powoli nucić jedną z moich ulubionych piosenek na tzw. doła.
Here I am with
All my heart I hope you
Understand I know I let
You down but I'm never
Gonna make that mistake
Again you brought me
Closer to who I really am
Come take my hand
I want the world to see
What you mean to me"
 Skończyłam śpiewać a Presley ułożył głowę na moich kolanach. Uśmiechnęłam się pod nosem i odstawiłam gitarę. Wzięłam kota na ręce i przytuliłam, kładąc się na łóżko. 
-Wiesz co kocie. Słodki jesteś jak śpisz.- mruknęłam uśmiechnięta. Odpowiedziało mi jedynie ciche mruczenie przez sen. 

               Przemierzałam szkolne korytarze, gdy podbiegła do mnie brązowooka dziewczyna. Miała na imię Hariet Merley i od czwartej klasy była moją najlepszą przyjaciółką. Krótkie, czekoladowe włosy świetnie pasowały do jej smukłej twarzy i długiego nosa. Jakby się dokładniej przyjrzeć można by dostrzec parę piegów. Przytuliłyśmy się mocno na powitanie.
-Co tam Hariet?- spytałam kierując się na stołówkę. dziewczyna zachichotała i pisnęła z radości. Podniosłam brew, nieco zdziwiona.
-Byłam wczoraj na randce!- prawie wykrzyknęła i kilka osób spojrzało się na nią jak idiotkę. 
-Wow! Super! Opowiadaj z kim, gdzie i co potem!- powiedziałam podekscytowana, a dziewczyna zarumieniła się, na co ja cicho zachichotałam.
-Znasz Maxa Flaney'a?
-Z tym Maxem Flaney'em?- powtórzyłam nieco zdziwiona. Przecież Hariet uganiała się za nim od... kiedy pamiętam. I nagle cud się stał i umówiła się z nim? Co więcej wraca rozradowana i podekscytowana jakby wygrała w totka. Coś mi nie pasowało, ale postanowiłam zatrzymać to dla siebie.
-Dokładnie z tym. Z Maxem z drużyny football'owej. Z Maxem o nieziemskich piwnych oczach, blond włosach i tymi mięśniami...
-Spokojnie lwico bo się poplujesz. Chodźmy do stołówki i wszystko mi opowiesz.- odpowiedziałam i weszłam do pomieszczenia. Było ogromne, pełne stolików i ławek oraz oczywiście szkolny bufet. Przez zupełny niefart uderzyłam kogoś drzwiami i na moje nieszczęście była to Amber Burstock. Szkolna gwiazdunia i jej nieodłączne "bff". Czasami byłam ciekawa jak można lubić taką pustą blondynę, ale cóż, to zależy od człowieka.
-J-jak mogłaś ty wywłoko!- warknęła na mnie a ja jedynie przewróciłam oczami.
-Zdarza się moja droga.- odpowiedziałam i nawet nie pofatygowałam się, żeby jej pomóc. 
-Życzę sobie natychmiastowych przeprosin!-pisnęła i poprawiła swoją spódniczkę. Ubierała się wyzywająco, ale nie wulgarnie. Trochę szacunku jednak do siebie miała, podkreślam słowo "trochę".
-To nie jest koncert życzeń, Amber.-warknęłam i już miałam ją ominąć, gdy jedna z jej przyjaciółek Ami złapała mnie mocno za ramię, przy okazji wbijając swoje okropnie długie tipsy.
-Jeszcze mi za to zapłacisz zdziro.- Burstock przeraźliwie zmrużyła oczy i poszła głębiej w stołówkę siadając przy szkolnej elicie. Taka to elita, że aż człowiekowi się zbiera na wymioty, ale co poradzisz. 
-Chodźmy Oliv.- przyjaciółka złapała mnie pod ramię i usiadłyśmy przy swoim stoliku. Znajdował się najbliżej okna co było wygodne,bo czasem fajnie jest się pogapić na innych uczniów. Mimo, że miałam wysłuchać opowieści Hariet to zupełnie odpłynęłam w myślach. Spojrzałam za szybę i zauważyłam młodego mężczyznę. Miał opalone ciało, i cudne czarne włosy teraz opadające na czoło. Nos był prosty, a koloru oczu nie dostrzegłam. Trzeba było przyznać, że nie ubierał się zbyt gustownie na co lekko zachichotałam. Szare szorty, zielona koszulka i pod nią czarna koszulka z długim rękawem, na nogach miał typowe adidasy. Spojrzał w moją stronę i lekko się uśmiechnął. Speszona odwróciłam wzrok. Kurczę. Fajny był ten koleś.
~~**~~**~~
           Takim sposobem dotarliśmy do końca rozdziału pierwszego. Mam wrażenie, że jest trochę zbyt krótki, ale to nic. Zawsze mogło być gorzej. Następny rozdział jakoś niedługo. najwcześniej za parę godzin najpóźniej w środę popołudniu. Mam nadzieję, że zostawisz komentarz jeśli przeczytałeś, jest to mega motywujace! ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz